piątek, 14 kwietnia 2017

Pogromca mitu

Się rozlazło kurewstwo i dotarło w końcu do mnie. Nie o zarazki chodzi, nie o pasożyty, ale o...(tu wielokropek jest zasadny, bo urywam zdanie i buduję napięcie oraz nie dopowiadam. A nie że mi się ujebało, ze go pierdolnę, bo było to wygrzebane z głębokiej dupy przemyślenie i muszę przerwać, żeby se pogrzebać i jeszcze jedno wyciągnąć, a poza tym nie uznaję kropki, bo wiadomo w internecie, to tylko kropka nienawiści).
Z kurewstwem się spotkałem już kilkukrotnie, ale tylko przy dwóch typach sytuacji. Kiedy pacjent przychodzi i się pyta, czy kurewstwo może łykać, bo mimo że kurewstwo jest w pizdę i wyleczy mu wszytko, to jednak się boi, czy przy jego chorobach i przyjmowanych lekach nie wejdzie w jakieś niebezpieczne interakcje. Oraz gdy przy leczeniu zakażenia układu moczowego mówię, żeby do zapisanych leków dokupić sobie witaminę C i sobie ja przez parę dni połykać. I wówczas pada pytanie, czy zalecam kurewstwo kupić.
Zapewne niektórzy już się domyślili. Tak, tak, proszę państwa, tym tajemniczym kurewstwem i  bohaterką dzisiejszego odcinka jest lewoskrętna witamina C w dawkach uderzeniowych minimum 3x dzienne po 1000 mg. 
Na pytanie pacjentów, czy mogą to brać, albo czy zalecam kupić. Odpowiadam grzecznie, że szkoda na to gówno pieniędzy. I jest to cytat dokładny. Potem podaję oczywiście więcej informacji, że niezależnie ile tej lewoskrętnej witaminy C opierdolą, to i tak ją wyszczają, chyba że mają peszka i tendencję do kamicy moczowej, to poza tą częścią, którą wyszczają, to reszta im się odłoży i wtedy to dopiero będzie niewesoło. Że duże dawki witaminy C nie mają żadnego zajebistego wpływu na nic. Czasem też, że ta lewoskrętność i wysokodawkowość to chuja warte są i służą tylko do zawyżenia ceny.  Info na szybko znalezione w Google: Wit. C  mg, 50 tabl ~4 ziko, wyjebista, ekstrahowana z moczu tęczowego, kurwa, jednorożca lewoskrętna, jak najgorszy koszmar Kurwina, lepiona dłońmi elfich dziewic z wolnego wybiegu witamina C tysiunc miligram, tabletek dwadzieścia, ponad dwie dyszki (to info od pacjenta, który z zakupioną się przyszedł spytać, czy może brać). Niby niedużo te dwie dychy, ale jak trzeba wpieprzać tego 3 tabsy dziennie minimum, to koszta szybko bardzo rosną. A kasa leci w pizdu i do Zięby chyba też, bo on przecież naczelnym propagatorem jest.
Czego nie mówię pacjentom, bo na wizytę mam tylko piętnaście minut i to naprawdę mało czasu na wszystko, to fakt, o którym wspominano na lekcjach chemii, kiedy mowa była o chiralności, że natura dąży do równowagi i nawet jeśli się stworzy preparat z lewoskrętnym enancjomerem witaminy C, to po pewnym czasie cząsteczek przejdzie w formę prawoskrętną.

                      

I za ciężko zarobione pieniądze, nie dość, że obywatelu kupisz tylko połowę zakładanej dawki lewoskrętnej wiatminy C, to na dodatek dostaniesz w gratisie mnóstwo potwornie toksycznej, żrącej, a co najgorsze znoszącej dobroczynne działanie formy L, formę prawoskrętną. No chyba żeś niegłupi, no chyba żeś niegłupia i krytycznie podchodzisz do pierdoletów w internetach i wiesz, że w przypadku witaminy C skrętność chuja znaczy.

piątek, 24 marca 2017

Pytajcie a będzie wam odpowiedziane

Poniekąd wszystko co poniżej, ten zbiór anegdotek prześmiesznych z jednego dnia w poradni, to też moja wina, bo może niezbyt konkretnie pytania zadawane były i szybko, ale w momencie, kiedy widzisz, listę zaplanowanych na ten dzień pacjentów, która ewidentnie jest oznaką, że pani z rejestracji ostatecznie odkleiła się od rzeczywistości i pożegnała z rozumem*, to wiesz, że mocno tego dnia zapierdalać będzie trzeba, bo inaczej nigdy z gabinetu już nie wyjdziesz. Szyszko ty chuju! 

1.
Badam pacjenta, na powłokach jamy brzusznej blizna, ewidentnie pooperacyjna, a o żadnych zabiegach nie wspominał, się pytam więc:
-Po czym ta blizna?
-Po operacji.
[No tak, no tak, no tak, no masz rację chłopie, no zdecydowanie dobra odpowiedź]
-A czego?- nie poddawałem się
-Brzucha.
[No tak, no tak, no tak, no nie inaczej, jak nie umi pytań zadawać, to co mu będziemy ułatwiać]
Szyszko, ty kurwo!

2.
Pacjentka po przeszczepie nerki
-Z jakiego powodu miała pani przeszczep nerki?
-Bo byłam chora?
[Ok, no jaszka, bezsensu zdrowym nerki przeszczepiać]
-A na co?
-Na nerki
[No patrzcie, jaki ten lekarz głupi i niedomyślny, przesz chyba nie na oko człowiek był chory, skoro mu nerkę przeszczepiają]
Szyszko, ty wysrywie! 

3.
-Czy na coś jeszcze pani choruje?
-Na nadciśnienie.
-A jakie pani leki przyjmuje?
-No na to ciśnienie
-A konkretnie?
-Na wysokie ciśnienie.
[Na tym etapie już nawet przestałem mieć przemyślenia w umysłowych didaskaliach. No bo co jeszcze mogę od siebie do siebie dodać takiego dnia poza, "nie no, kurwa, w sumie jasne. To ja przepraszam. Ale wodzu, co wódz?."]
Szyszko, ty spierdolino!

4.
-Jeszcze bym prosił, żeby pan mi wypisał leki
-Jasna, a jakie?
-Na nadciśnienie
-Tak, dobrze, ale jakie na nadciśnienie, bo wie pan trochę ich jest.
-Jak to jakie? Moje!
[nie, no kurwa, w sumie jasne. To ja już sobie pójdę. Pozdro szejset, czy jak to tam]
Szyszko, ty smutna kutasino

Tak więc ten, u nas na zakładzie to kupa radości i wesołej wrzawy, a śmieszek goni heheszka



*-Pacjenci pozapisywani są na konkretne godziny, na jednego pacjenta mam 15 min., chyba że to wizyta tzw. pierwszorazowa, człowiek nieznany wówczas pół godziny. Mniejsza z tym ważne, ze konkretne godziny są, pacjenci co 15 min. Czworo na godzinę. Są rubryki z rozpisanymi godzinami i minutami. Zdaje się być jasnym. Otóż, kurwa nie. Niejednokrotnie po dwóch pacjentów jest wpisanych na tę samą godzinę i raz, ze trzeba się w chuj sprężać, żeby się wyrobić, dwa, ze atmosfera w poczekalni i gabinecie się napina. Trzy, ze rozpierdala to i opóźnia kolejne wizyty. proszę więc wyobrazić se, jaki chu mnie trafił, kiedy poza podwójnym wpisem na godz. 9-tą, nalazłem, ze na godzinę 11-tą rejestratorce udało się umówić 3 (słownie trzy) osoby, żeby nie było na 11:15, 11:30, 11:45 zarejestrowani byli kolejni pacjenci.

wtorek, 31 stycznia 2017

Było sobie (paso)życie

Ja oczywiście bardzo przepraszam, że piszę z rzadka. Państwa przepraszam i siebie zresztą też przepraszam, bo jakbym pisał częściej i gęściej, to fejm czaiłby się tuż za rogiem, a tak to chuj trochę i nawet na linii horyzontu go nie widać. No ale jak zwykle strasznie zajęty jestem żerowaniem na ludzkim nieszczęściu i łamaniem przysięgi Herkulesa. 

A najbardziej, droga młodzieży, zajęty jestem niedostaniem świerzbu. I to tak bardzo na serioszkę.

Przez sześć lat studiów, ponad dziesięć "kariery" zawodowej ani kawałka świerzbu nie widziałem. Nawet mimo tego, że lwią część tej "kariery" spędziłem na SORze, gdzie zdarzało się, że po pacjentach na kozetce zostawały wszy, czasem pchły, a u niektórych na owrzodzeniach można było nazbierać dzikunów na cały dzień łowienia ryb. Owsiki nawet u dorosłych osób leczyłem. A świerzbu ani razu. Tam z dwa razy miałem jakieś podejrzenia i prosiłem dermatologów o konsultację, bo bałem się zarazić przy badaniu, a tak chujowo by było nie badać codziennie leżącego u siebie na sali pacjenta, a tylko trącać go kijem sprawdzając, czy żyje (chociaż o wiele bardziej chciałem zobaczyć, jak polewają zmiany i barwnik wchodzi w wydrążone tunele, a się okazało, że smutek i dupa i biorą zeskrobiny). Raz się okazało, że to łuszczyca, a za drugim, że zupełnie nic. Tak więc naście lat bez świerzbu, już się człowiek zapominał, ze takie coś istnieje, a tu nagle w ciągu ostatnich dwóch tygodni trzech pacjentów ze świeżo zdiagnozowanym, a radośnie na całej powierzchni ciała rozbujanym świerzbem, u dwóch na tyle świeżo, że jeszcze leczeni nań nie byli. Z czego u jednego tak bardzo, kurwa, świeżo, że jak go badałem w ramach konsultacji, to weszła doktór prowadząca i szepnęła mi na ucho, ze zadzwonili właśnie z dermy i świerzb się u pana potwierdził. Kurwa mać. Oblałem się zaraz środkami dezynfekcyjnymi, gdzie się dało, zegarek w spirycie wykąpałem, mimo lęku, ze pójdzie w pizdu od tego, fartuch zaraz do prania, ale wiecie, jak to jest- od dwóch tygodni wszystko mnie swędzi, a każdej zmianie skórnej widzę jebanego świerzbowca, który wygryzając tunel w skórze pośpiewuje radośnie "Mięsny Jot, mięsny Jot, każdy by go chętnie zjodł!" (parafrazując słynną pieśń żywieniową-> link na własną odpowiedzialność).

Tak więc wyjebało klęską urodzaju, mi nieco odjebuje, ale jak ta Polyanna nawet w tej sytuacji potrafię znaleźć plusy dodatnie- jak mnie chłop podkurwi, to tykam go palcem w odsłoniętą skórę i mówię "masz świerzba, wstydź się", albo "masz świerzba umrzesz", jeśli przewina była olbrzymią i pozamiatane. Kotu też tak robię. I tak jestem dojrzały, rozsądny i wykonuję odpowiedzialny zawód zaufania społecznego. A jak ktoś ma jakieś ale, albo inne heheszki, to zaraz go mogę tknąć w odsłonięte i zobaczymy, czy mu będzie do śmiechu.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Każdy człowiek ma dwa końce.

Dobra, czy ktoś mi jest w stanie wytłumaczyć fakt taki, że pacjent kaszlący sobie w poczekalni ładnie usta zakrywa, żeby nie rozsiewać, w miarę możliwości, zarazków. Kiedy jednak wejdzie mi do gabinetu, to nagle, nie zawsze, ale często, na to rozsiewanie zarazków ma wyjebane i usta przestaje zasłaniać. Dziś poza byciem lekarzem uprawiałem jeszcze management powierzchni płaskiej biurka oraz  powierzchni nieregularnej myszki spirytusem i papierowym ręcznikiem. Zarządzania powierzchnią klawiatury muszę się jeszcze douczyć. Zbryzgania ryja ciepłą bryzą aerozolu bakterii z dodatkami śluzu i nabłonka dróg oddechowych udawało mi się unikać dzięki wysokiemu wzrostowi i nabytej przez lata zręczności, ale fartuch do prania się tylko nadaje.
Ja sobie zdaję sprawę, że w życiu mam/miałem kontakt z większą ilością czynników zakaźnych niż standardowy osobnik, że mogłem wytworzyć więcej/inne przeciwciała, ale to naprawdę nie znaczy, że patogeny na mój widok chcą spierdalać, ale nie mają szans, bo aura moje odporności niszczy więcej zarazków niż przeciętny środek czyszczący toalety. A nawet jeśli, to nacharanie na kogoś jest po prostu niegrzeczne. I jeśli mówię, że proszę odkaszlnąć, bo chcę charakteru kaszlu posłuchać, albo liczę, że pod wpływem tego odkaszlnięcia usłyszę przez stetoskop coś innego, a nawet jak się uda flegmę odkrztusić to i ją zobaczyć, to naprawdę nie jest skrótem myślowym od "proszę odkaszlnąć na mnie".
Podobnie jak wypytuję w przypadku zaburzeń żołądkowo-jelitowych o wygląd, konsystencję stolca i parę innych rzeczy i jeśli nawet proszę, żeby próbkę kału przynieść do badania, to naprawdę nie znaczy, żeby go przynieść w słoiku. Litrowym. Wypełnionym po brzegi. Zwłaszcza, kiedy tłumaczę, że pojemniczek na klocuszek dostępny jest w każdej aptece za drobny pieniądz i posiada, jakże funkcjonalną łopatkę do zebrania skarbu. Jasne, że kumam, że jak się udało ten litrowy słoik napełnić po brzegi luźnym stolcem, to człowiek chce się pochwalić, bo zaiste wyczyn to nie lada, ale może nie mi, co? A jeśli już przyniosł(a/e)ś ten litrowy słoik wypełniony po brzegi luźnym stolcem, to nie kładź mi go z zaskoczenia na biurko. Ale jeśli już musisz go postawić, to błagam pod żadnym, kurwa, pozorem go nie otwieraj.

czwartek, 22 grudnia 2016

Z deszczu do rynsztoka

Dziś opowiastka z morałem, że dobre wychowanie nie zawsze popłaca. Chociaż może bardziej, że jak się nie umie w dyplomację, to nie należy pierdolić się w tańcu (zupełnie nie wiem, czy to zdanie ma sens, ale jest piękne, więc zostaje).
A było to tak. Wczoraj wejszło mnie do dyżurki szefostwo i mówi, że na zakładzie tyle badań przeprowadzamy różnych, tyle zabiegów i wszystko to ładnie w bazie danych zapisane, na komputerach i serwerach, że nic tylko czerpać pełną garścią i pisać doktorat (tu rzucone zachęcające spojrzenie w moją stronę, którego staram się nie zauważyć i generalnie udaję, że mnie nie ma) a najfajniej to doktorat z tego i z tego pisać i co my młodzież zakładowa na to.  My młodzież, znaczy ja, bo poza szefostwem i mną w gabinecie nikogo innego nie było. W ostatniej notce stoi napisane, jakie mam podejście do dalszej kariery naukowej, że delikatnie mówiąc, to niechętne jest i to naprawdę bardzo delikatnie mówiąc. No ale szefostwu nie wypada powiedzieć, że wolę sobie na jajach fajki gasić niż się doktoryzować. Rzuciłem więc w przestrzeń, uważając to rzucenie za neutralne i niezobowiązujące, że rzeczywiście tyle danych i ciekawe takie. I w tym momencie powinienem zauważyć, że coś się spierdoliło z akustyką w dyżurce, fale dźwiękowe rozchodzą się po chuju i cała neutralność wypowiedzi się rozpłynęła po drodze, gdyż szefostwo uśmiechnęło się i powiedziało, ze skoro tak zainteresowany tym jestem, to może bym zaczął w przyszłym roku ten doktorat robić. Kurwa. Mać. Otrzeźwiło mnie to i jak maszynka zacząłem wyrzucać z siebie nieprzeskakiwalne przeszkody, które mi na drodze do otworzenia przewodu stoją, a których znajomość już raz mnie przed doktoryzowaniem się uratowała. Odpowiedzią było, że spoko loko, coś tam wymyślimy i damy radę, Słabo wybąkałem, że to ja się jeszcze zastanowię, ale w oczach niezwykle wyraźnie widniały krzyk i panika, że nie, nie, NIE! Zdecydowanie coś z dźwiękiem na zakładzie bardzo z dupy tego dnia było, bo do szefostwa dotarło chyba, że bardzo chętnie i z dziką rozkoszą, gdyż powiedziało, że super i w drugim semestrze przyszłego roku bym mógł zaczynać, a na razie na spokojnie, żebym literaturę zagłębiał. Kurwa. Mać.
Teraz liczyć mogę, że szefostwu zapał przejdzie, bo już kiedyś atak doktoratem przypuszczony został, ale siła obecnego jest znacznie większa i szanse na to, że zapomni zdają się być nikłe. Jedyna nadzieja, że dojdzie do skutku ta deportacja dla ateistów i innej patoli. A jeśli nie, to czy ktoś wie, jak długo można udawać, że się pisze doktorat odkładając go w rzeczywistości na święte nigdy, równocześnie sprawiając wrażenie niezwykle zaangażowanego, a także nie ponosić negatywnych skutków takiego postępowania, w tym konfliktu z szefostwem? (co do tego zdania też nie jestem pewien, czy ma sens, ale także jest piękne a poza tym długie). Oraz, czy jak se wydrukuje blogaska, to jako doktorat, to się liczy, czy niestety nie i jednak jestem dupie?

sobota, 3 grudnia 2016

Nigdy, kurwa, więcej.

Jeśli kiedyś na Ziemię przylecą kosmici i powiedzą, "Doktorze Jot, my największe umysły Galaktyk wybraliśmy cię do robienia specki z medycyny kosmicznej, dzięki której wyleczysz wszystko i zapewnisz ludzkości szczęśliwość, zdrowie i dobrobyt. Wystarczy tylko, że przerobisz trzy lata staży w naszych klinikach, a potem zdasz egzamin specjalizacyjny w formie testowej i ustnej.", to odpowiem, że dziękuję bardzo, ale nie ma chuja, żebym se po raz kolejny taką krzywdę robił. Jeśli nie przyjmą tej odpowiedzi i zagrożą anihilacją gatunku homo sapiens, to serdecznie chciałbym gatunek pozdrowić, ale nie ma chuja, żebym se po raz kolejny taką krzywdę robił. Mam więc nadzieję, ze jak już przylecą, to wybiorą kogoś innego, żeby zajmował się waszym live longiem i prosperem.
Może to z wiekiem już związane, bo przed żadnym z wcześniejszych egzaminów tak się nie stresowałem. Mimo że niezdanie tego, poza wstydem na zakładach i koniecznością powtarzania do usrania, nie miałoby dla mnie żadnych innych negatywnych konsekwencji. W przeciwieństwie do LEP-u kiedy groziło, ze nie uzyskam pełnego prawa wykonywania zawodu i nie będę miał możliwości zarobkowania i wrócić będę musiał na garnuszek rodziców. Albo jak w przypadku PES-u z interny, kiedy zdanie było warunkiem utrzymania ówczesnej pracy. Oczywiście stres był, napady histerii i paniki również, ale nie w takim natężeniu. Natrętne myśli, że ujebię, też nasilenie miały mniejsze. Chociaż to może też kwestia zmęczenia materiału, zwłaszcza jak se człowiek pomyśli, że sprawdzany i testowany na wszystkie strony jest już od prawie trzydziestu lat.
A sam egzamin. Test był koszmarny, za to ustny najprzyjemniejszym egzaminem, jaki w życiu miałem. Takim naprawdę uroczym, że po wyjściu z niego w człowiek przez chwilę był małym, radosnym słoneczkiem.
Kiedy na pierwszym dyżurze po egzaminie zebrałem już gratule i pochwały, zadane zostało pytanie "To jaką teraz następną specjalizację będę robił? Czy jednak się może za doktorat w końcu wezmę?" grzecznie się uśmiechnąłem i pełnym zdaniem odpowiedziałem, bo w końcu mam tego wykształcenia i nałuki tyle, tej, że to za wcześnie na takie pytania, bo za świeżo po jestem i nieco zmęczonym, aczkolwiek odpowiedzią prawidłową, która biła ode mnie całego jest "Sami se, kurwa, róbcie".

poniedziałek, 31 października 2016

Hello darkness my old friend

Uczę się, mózg mi się rozpływa, mam ataki sraczki i padaczki naprzemiennie z objawowym przedawkowaniem pierdoltolu. Chciałoby się napisać, że jest chujowo ale stabilnie. I nawet początkowo tak było. Dopóki mi nie cofnięto urlopu szkoleniowego i nie rozpisano dyżurów prawie do samego egzaminu. Jest więc chujowo i  niestabilnie. Bardzo nawet. Duchowo się nastawiam na sesję wiosenną, bo oczywiście mam nadzieję, że przepchnę to w tej, ale dość, kurwa, to słabo widzę. A najsłabiej widzę to, kiedy po dyżurze siadam przy biureczku, żeby nabierać wiedzy z książki i nagle się robi ciemno mi przed oczami i mam napad lęku, że wykorzystałem już cały wzrok dostępny w tym życiu i dopiero po chwili do mnie dochodzi, ze są duże szanse na powrót widzenia pod warunkiem, ze się obudzę i otworzę oczy. No ale chuj, twardy jestem i mimo wszystko uczę się. Dziś na przykład osiągnąłem wymierny sukces naukowy, bo nauczyłem się robić smalec wegański, w ramach poprawy nikłego zdrowia psychicznego, bo wiecie chujowo jest i niestabilnie.

Tylko że potem sinusoida zmienia kierunek i mamy:

 Byśmy dzień mogli zakończyć tak

W najbliższych dniach spodziewam się także moczenia.