piątek, 19 września 2014

Niby fajnie, ale troche chuj

W tym tygodniu łączyłem pracę zawodową z dokształcaniem. Kursy na palmie, potem 48 h na zakładzie, bo przecież mam działalność, więc mi urlop szkoleniowy nie przysługuje i swoje godziny trzeba napierdalać, albo żryj gruz i popijaj kałużą. Noce przespane i  luz, ale jakby nie patrzeć słabo to nieco. Dziś miało być pięknie, bo koncert Gusgus, na który bilety dawno temu zakupione, a w prośbach grafikowych zaznaczone, że dziś ni chuja i jutro też, gdyż będę niedysponowany. Uwzględniono bardzo i dziś idę na koncert. Jutro natomiast na dobę zapierdalać na zakładzie. Koncert zaczyna się po dwudziestej trzeciej, do roboty mam na siódmą, a pracuję godzinę jazdy samochodem od Gdańska (którego nie mam, ale narzeczony mnie podrzuci). Na podstawie tych skromnych informacji proszę zgadnąć, kto będzie jutro wkurwiony, bo mu się usrało kiedyś, że zostanie lekarzem.
Jeden chuj, że będę nieprzytomny i bardziej wpierdolony niż zwykle, zapowiedziałem już, że po porannym obchodzie idę spać i wszystko mnie pierdoli, aczkolwiek wątpię, żeby zostało to uwzględnione, ale przynajmniej se poleżę trochę. Nieco bardziej mnie wkurwia, że plan na po koncercie się poszedł jebać. Gdyż oczami duszy widziałem, jak pan członek zespołu Stephen Stephenson, który jest obłędny, wypatruje mnie w tłumie i po koncercie idziemy się ruchać na zapleczu i mówić mi brzydkie słowa po islandzku (tak, narzeczony znał ten plan, patrzył się co prawda z politowaniem, ale wiem, że się zgadzał i również wierzył, że tak się zdarzy, zwłaszcza, że powiedziałem, że na pewno się uda trójkąt zorganizować, albo nawet trochę więcej kątów, gdyż niczego sobie wokaliści też by się dołączyli do nas). Niestety teraz będę musiał mu powiedzieć, że kocham cię miłością czysta i prawdziwą, ale niestety muszę zapierdalać ratować życie i zdrowie ludzkie, za co nie otrzymam wyrazów wdzięczności, ani należnej gratyfikacji pieniężnej, możemy jednak przez minut pięć namiętnie się całować, aby ten wieczór nie był dla ciebie stracony, bądź dzielny Stephen. 
Kurwa, następną płytę depresyjną pewnie zrobią i nigdy już do Polski nie przyjadą, gdyż będzie mu to rozdrapywać rany w sercu i sypać na nie solą.
Mimo to i tak się idę na bóstwo zrobić, niech się chłopak napatrzy w trakcie koncertu chociaż, a miało być tak pięknie- gejzery, kąpiele w gorących źródłach i spacery po lodowcu.

piątek, 12 września 2014

3

I  chuj nie zdałem po raz trzeci. A już tak blisko było, już się z gąską witałem i na wąskiej ulicy smyrnąłem prawym lusterkiem zaparkowany samochód (w ogóle to jego wina. Ciasno w chuj, zajebane pojazdami z obu stron, ledwo się wcisnąć można, to mógł se to lusterko złożyć). Że prawym to ważne, bo za pierwszym razem właśnie nim tak wykurwiłem w słupek na rękawie, że nie było co zbierać. Lewe jest spoko, nawet fakt, że w połowie egzaminu zauważyłem, że jest źle ustawione jakoś nie przeszkadzał w korzystaniu z niego. Się trochę mocniej wychylałem tylko i gucio. Są szanse, ze się zakumplujemy, nie jak z tym chujem po prawej.
Trochę po tym niezdaniu doła załapałem (bo wiecie, ja nieprzyzwyczajony jestem, żeby czegoś nie zdawać. W życiu września nie miałem) i skoro już byłem w centrum Gda i ładnie było, to się kopnę na Górę Gradową popatrzeć na panoramę i pokontemplować swoją chujowość. Tak melancholijnie mi się zrobiło pewnie też dlatego że w "Polityce" przeczytałem o genialnej siedemnastolatce ze Sztumu, która czwarty rok fizyki studiuje, a potem zaplanowała sobie dalszy rozwój w USA i współpracę z NASA, bo już wymyśliła lepsze algorytmy niż oni. I samochód napędzony dźwiękiem wynalazła. A ja co, po trzydziestce i  tylko specka z interny i żadnych perspektyw na Nobla z medycyny. W innej dziedzinie zresztą też. Smuteczek.
Jak już wlazłem, to stwierdziłem, że dobra widok super, ale za wkurwiony na to kontemplowanie jestem. Poza tym wchodziłem od dupy strony, w międzyczasie zrobiło się gorąco i się upociłem nieco i za chuja mi to nie pasowało do wyciszania się w pięknych okolicznościach przyrody. Taki smuteczek- nie dość, że dr Jot can not into prawo jazdy, to jeszcze jest prosięciem. W nagrodę przepierdoliłem resztę dnia.
Dziś mi się polepszyło już. Jest plan, żeby na następny egzamin pierdolnąć se propranolol, bo się będę stresował, że znów coś zjebie i wszyscy się ze mnie śmiać już będą. Poza tym nawet jeśli nie zdam, to będę miał wyjebane. I co najważniejsze przed egzaminem przelecę się po Starym/Głównym/Dolnym Mieście i Oruni Dolnej i ujebię wszystkie pierdolone lusterka, które na pewno mają w planie na mnie czyhać.

piątek, 5 września 2014

Hyc, hyc wróciłem

Reset zaliczony, niepełny, bo na wakacjach prawie wszystko super. Gdybyśmy tylko nie trafili do hotelu, który był gettem dla słowiańskich turystów byłoby w pizdeczkę, a tak, w czasie posiłków, skazani byliśmy na oglądanie tych mord wystruganych z cebuli. I słyszenie standardowego pierdolenia, że u nas to lepiej i gdzie jest kotlet, kurwa, schabowy. Bogom dziękować, że nikt nie chciał się przyjaźnić, bo jeszcze by jakaś spuszczona ze smyczy dusza towarzystwa chciała wypić brudzia i musiałaby czyścić potem obrzygane przeze mnie buty. Zakładam, że przyjaźnić się nie chcieli z powodów co najmniej trzech. Raz, że pedały i jak takiego dotkniesz, to się zarazisz hifem, aidsem i spedali ci męską cześć rodziny do siódmego pokolenia. Dwa, że ja ryj mam generalnie nieprzysiadalny, a w otoczeniu innych gości hotelowych miałem nawet bardziej. Trzy- narzeczony jest tak aryjsko-nordycki, że święcie przekonani byli, że on po polsku nie umi i się zagadać doń nie da, bo znajomość języków w narodzie funkcjonuje nadal nędznie (dygresja informacyjna do wszystkich oburzonych laś- jak zamawiasz "beer and juice", to naprawdę nie znaczy "piwo z dolanym do niego zagęszczonym syropem", serio).
Poza tym było pięknie, gorąco, dużo do zwiedzania i grilowane ośmiornice. Jest wstępny plan, żeby zimą wrócić, bo zrobiliśmy tylko zachodnią część Krety i to tez niecałą, więc niedosyt jest duży. No i nie byłem w Knossos i nie widziałem Minotaura, więc tak naprawdę się nie liczy. w ogóle z racji Minotaura, to strzeliłem focha na panią rezydentkę, bo powiedziała, że to tylko mit. No, kurwa, proszę szanownego państwa, jaki mit?! Dziecięciem będąc i Paradowskiego czytając we wszystko uwierzyłem, że to prawda i na faktach (a w najgorszym wypadku realizm magiczny, ale stawiam na prawdę jednak) i tej wersji się będę trzymał (dygresja kolejna: w Narnię też wierzę i w doctora Who. I cały czas czekam, aż mnie dosięgnie marvelowska mutacja). Powtórzę, było cudnie, teraz jeszcze to pierdolone prawo jazdy zdać, bo dwa razy już oblałem i może mi się w życiu unormuję trochę, byle nie na poziomie "jest chujowo, ale stabilnie".

Edit, co mi sie przypomniał po komciu Germańskie Flądry:
Tak więc było trzęsienie ziemi! Było super! Moje pierwsze zaliczone i przeżyte, co ważne też trochę jest, trzęsienie ziemi. Się działo w środku nocy i wybudziło mnie podrzucanie na łóżku. Pierwszą myślą było, że narzeczony ma napad drgawek z jakiejś niewiadomej przyczyny i chciałem mu udzielić pierwszej pomocy słowem i czynem (tak eufemistycznie można powiedzieć o mojej potencjalnej, a niezwykle empatycznej reakcji na ciężki stan luv of my life, czyli "uspokój się, kurwa, bo ci jebnę. Śpię, kurwa."). Jednakowoż narzeczony siedział już na łóżku i się pytał, co się dzieję, więc pierwszej pomocy nie było dane mi udzielać (jego szczęście). Potrząchało trochę i koniec, potem już był spokój, mimo że mieliśmy nadzieję na powtórkę (jacha, że o podobnej sile, a nie że nas wygrzebią spod gruzów za miesiąc). Niejasnym jest, czy to trzęsienie ziemi to moja wina, bo na przykład to, że padało (fakt, że niedużo) i była burza, to już ewidentnie moja sprawka (do tej pory oficjalną wersją od zarania dziejów było, że na Krecie w sierpniu nie pada. Nigdy).

sobota, 23 sierpnia 2014

Tytuł posta

Mam tematy. Mam trochę czasu. Mam też blok jakiś. Nie przechodzi mi z mózgu przez klawiaturę do edytora, a jak już przejdzie jest nijakie i czuję się w obowiązku skasować, bo kupa. W tym tygodniu trzy notki zostały wyjebane w nicość, śmierdziały. Poza tym mam poczucie, że słownictwo mi zubożało. Reset mózgu potrzebny (a próbował pan wyłączyć i włączyć korę?) i żeby telefon nie dzwonił przez parę dni i nie przychodziły smsy (znajdujesz się w trybie offline, ale nadal możesz tworzyć posty) i żeby, kurwa nikt nie chciał przez chwilę recepty na ketonalantybiotykikropledooczu, na kolorowe pigułki i czarno-białe też, w życiu prywatnym i zawodowym (to, to jest w ogóle fascynujący temat na całą notkę, dołóżmy do przegródki "rzeczy, o których fajnie by było napisać, ale mi nie wychodzi"). Zacząłem urlop wczoraj, więc są szanse, że postulaty się spełnią. Trochę choć.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Everybody wants to rule the world

Będzie zupełnie o czym innym niż zapowiadałem, bo przyczyna niebycia będzie trwać, ale o tym w następnym odcinku, albo sezonie.
Było czas jakiś temu o bojach z mszycami, wodę z kolką olały ciepłym moczem, po wodzie z płynem do naczyń zmieniły se kolor na czarny. Zdechły dopiero po wodzie z mlekiem ze znaczną przewagą mleka. Był spokój przez chwilę. Powiedzmy, że spokój, bo zaraz po nich się okazało, ze gąsienice wpierdalają mi pietruszkę, melisę i bazylię, na szałwii rośnie jakaś pleśń, werbena opierdala nie wiadomo co i ogólnie chuj, dupa i kamieni kupa. Pleśń tym razem ja zlałem ciepłym moczem, bo sorry, ale na jebanie z grzybem to nie mam czasu ani siłki. Glizdy sukcesywnie wynajdywałem i wypierdalałem z wysokości. Chciałem nawet kota nauczyć polować na nie. Złapałem jedną, pokazałem, wydałem komendę "bierz". Kot powąchał, popatrzył, po czym na glizdę usiadł. Bohater i łowca, kurwa jego mać. Koniec końców pietruszka odeszła do krainy wiecznego kwitnienia, mszyce się przeprowadziły do innej doniczki i tam sprytnie ssały soki przy samej ziemi, że ciężko zauważyć było. Jak zauważyłem już myślałem, że się obrzygam tak czarno było. Kolejne spryskiwanie mlekiem z odrobiną wody jednak załatwiło sprawę. Następnie jakiś pędrak się przyplątał. Ochujeć szło z tą przyrodą. Potem się okazało, że bycie młodo lekarko na ogrodnictwo działa również po chuju. Jak se poszedłem na 48 h dyżuru to większość zieleni miejskiej po moim powrocie była już żółcią miejska, mimo zamontowanego systemu nawadniającego. Brzydko się stało, to co przeżyło schowałem na chatę, bo nie wzbudzały donice już niestety zazdrości sąsiadów. Okoliczne trzmiele i pszczoły na pewno do tej pory są w żałobie.
Ale sprawiedliwości stało się zadość, powiedzmy. Wczoraj w czasie codziennego przeglądu roślinności, żeby zobaczyć, co znowu zostało wpierdolone i co tym razem postanowiło się wprowadzić na chatę, na jednym z liści znalazłem kokon. Taa, pajęczyca ma młode se pomyślałem, zamiast zeżreć złe, to się przyszła tylko rozmnożyć i będzie mnie o alimenty sądzić, mimo że młode raczej do mnie niepodobne będą, ale wiecie jakie sa sądy. Liść zerwałem i zajrzałem do środka kokonu i aż wzdrygnąłem, takie to wstrętne tam siedziało. W tym momencie trzeba zaznaczyć, że jestem w zakresie robactwa twardym sukinkotem, takim co w dzieciństwie ganiał koleżanki z pająkiem w łapie, wrzucał chrabąszcze za koszulkę i inne tego typu prześmieszne psoty wyczyniał. Sam na sobie dowiodłem, że szczypce skorka w ogóle nie bolą i nie ma się czego bać, więc skoro mnie wzdrygło, to znaczy, że rzeczywiście hardkor, A znalazłem takie o (tu zaznaczamy, że ni chuja nie umiem rysować, co nieco tragedią nieco jest, bo zawsze chciałem umieć):

Na tej czarno-białej rycinie widzimy połówkę nieżywej gąsienicy, która stała się szarobrązowa i zdawała się być lekko podsuszoną, na tylnej jej połowie zagnieździły się? otoczyły wsysając? rozpukły ją od środka i się przykleiły? trzy ciemnobrązowe chujwieco (robocza nazwa purchle), które poza czarnymi wypustkami chuj wie na ryju, czy na dupie nie miały żadnych wyróżniających się cech morfologicznych, a wyglądały podobnie do odwłoków nażartych kleszczy.Nna dotyk (przez chusteczkę) nie reagowały. Brzydziłem się rozgnieść, bo se wkręciłem, że w środku mają mnóstwo jaj i młodych, które tylko czekają, żeby na mnie przeleźć. Żałuję, że zdjęcia nie zrobiłem, bo za diabła nie wiem, co to może być, a poza faktem, że paskudne to w chuj, to nie da się ukryć, że ciekawe bardzo i chętnie się bym dowiedział co zacz, a ze zdjęciem łatwiej. A na hasło "purchle na gąsienicy" gógiel na zdjęciach pokazuje min. Krowina Krula i Zbyszka "babyface" Ziobro- purchle tu  pasuja, ale gąsienica tak słabo trochę. Jakby ktoś wiedział, to niech powie proszę, bo może w nocy złożyło we mnie jaja i straszny zgon mnie niebawem czeka.
Takie się właśnie dramaty się u mnie dzieją, śmierci, mordy, gry o tron, kurwa. Jak na razie królem donic stał się rozmaryn, który napierdala przyrostem tak, że pewnie w przyszłym roku przejmie władzę w domu i zacznie pisać blogaska

środa, 23 lipca 2014

Żyję

Notkę tłumaczącą me przewiny walnę w przyszłym tygodniu. Wiem, ze nie ma dla mnie wybaczenia. Możecie szykowac smołę i pierze. Zresztą co ja będe wam podpowiadał, liczę na wasza kreatywność. Tylko palców nie łamcie i oczu nie wyłupujcie, bo chuja będzie, a nie notka. Jestem w dupię i jestem dupą. Nieustające lowju

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Będąc młodą ogrodniczką

Żywię. Na swoje usprawiedliwienie mam, że w miesiącu czerwcu byłem na konfie, na stażu, miałem dużury chujowe potwornie, odświeżanie mieszkania (nie remont, bo na remont mnie nie stać. Poza tym tak mnie takie sprawy stresują, że w przypadku remontu szedłbym szukać mocnej gałęzi, żeby się obwiesić). Ponadto dorobiłem się ogródka na parapecie. Zewnętrznym, cała konstrukcja została zmotowana, żeby doniczki się nie zjebały nikomu na łeb z czwartego piętra. Narzeczony jest technicznie uzdolniony, więc jakoś to poszło. Odświeżanie też jego zasługa jest, bo ja się nie nadaję zupełni i ni chuja. Ja mogę wierszyk napisać, albo coś. Pachnieć i leżeć,  z naciskiem na leżeć.
Zewnętrzny ogródek jest piękny, zazdroszczą mi wszyscy z okolicznych bloków, bo żaden nie ma balkonu i żaden nie wpadł na to, ze se taki cudny ogródek i bezpieczny można jebnąć. Piękny jest, rośnie i żyje. Z naciskiem na żyje, bo poza roślinkami zaraz mi się zalęgło robactwo. i tak jak gąsienice, co mi opierdalają liście to wypierdalam z wysokości, to za chuj nie mogę się pozbyć mszyc, suk jebanych, co moim roślinom wypijają soki i deformują liście. Zabijam kurwy, ale się mnożą jak dzikie, że nie nadążam. Dotychczas zastosowane metody mniej więcej naturalne i eko, znaczy woda z colą i woda z płynem do mycia naczyń chuja dały. Mszyce generalnie miały na to wyjebane, pojedyncze zdechły, część się przeprowadziła, a reszta w efekcie moich działań naruchała następnego pokolenia w innym kolorze. Bezsensu i z dupy. Wczoraj spryskałem produktem zakupionym w sklepie, a nie własnej roboty. Superhipereko, wzmacnia biedne roślinki a mszycom odbiera apetyt. Jedyne co zauważyłem po jego zastosowaniu, to że wspomagający moją walkę pędrak biedronki zdechł uprzednio wysrawszy jelita. chyba że nieszczęście go spotkało z innych przyczyn, a to tylko przypadkowa zbieżność.
Zostały mi do wyboru woda z szarym mydłem, woda z octem lub mix wszystkiego, ale może mi wtedy ogródek ogólnie pierdolnąć. Chemii nie chce stosować, bo se nasadziłem roślin spożywczych i naprawdę chciałbym je kiedyś swobodnie zjeść nie bojąc się, że tym razem ja wysram swoje jelita i rzygnę żołądkiem. i przede wszystkim JA chce je zjeść, a nie jakieś głupie kurwy, co nie sieją, nie podlewają i nie nawożą.
Drogie Kasie helpunku!