sobota, 24 marca 2018

Terapeutyczna rola kocich zgonów w chorobach tarczycy

Bo mi się nie chciało, bo gram w grę, bo po roku przerwy  i nieuczenia się coś mi odpierdoliło i poszedłem do szkoły się języka nowego uczyć (w ogóle świetny pomysł kurwo, skoro się dwóch obcych do tej pory porządnie nie nauczyłeś, to idź na trzeci), bo pościki na fejsiku więcej lajczków i tak zbierają niż notki i bo zawsze, kurwa, coś.
No ale czasem dłuższe coś wychodzi, więc blogasek jednak wygodniejszy.

Wiecie, że dużo tutej o tem jakie to pacjenty złe i jak lekarza denerwują i też o tym, ze ludzie są wstrętne i fe. Parę razy też o tym było, że mimo wszystkich zalet mi też się czasem jebie i zalecam zbadać poziom kału utajonego we krwi (#takbyło). No więc dzisiaj to ja nakładam worek pokutny.

Jak to zwykle bywa wszejdł mi do gabinetu pacjent z chorobą, powitania, uprzejmości, takie tam i się pytam azaliż drogi pacjencie, co u cię ciekawego się działo od ostatniej wizyty poza chorą nerką. No to pacjent, człowiek starszy, mi mówi, że w między czasie znaleźli mu tyre... toro.. toksy... i mimo najlepszych chęci nie jest w stanie powiedzieć choroby, bo trudne słowo. Ja, dr Jot, jako człowiek z sercem na dłoni, anioł w ludzkiej skórze, chodzące dobro z empatią celem pomocy i by wizyta płynnie szła (wcale nic tu do rzeczy nie miało, ze godzina późna, pacjent jeden z ostatnich, ja spierdolony, jak koń po westernie), wszedłem w słowo i dokończyłem "tyreotoksykoza". "Chyba tak" zgodził się pacjent, po czym dodał, że zaczął leki brać i trochę mu się poprawiło. Się spytałem jakie leki, nie pamiętał, ale mało to istotne, bo tych leków na nadczynność tarczycy za dużo nie ma, poza tym, co ja tam o tarczycy wiem i tak leczyć nie będę. Potem pacjent dodał, że ale tak naprawdę mu się poprawiło, jak koty w domu zdechły. Że, kurwa, co?! Zapytałem się dość podobnie, bez wtrącenia jedynie, ale są państow w stanie sobie wyobrazić, co mi się na twarzy malowało. Powtórzył. No ja pierdolę, no jebnięty, cały wywiad wcześniejszy też pewnie w pizdu, jak uważa, ze na nadczynność tarczycy przez koty zachorował i przez ich zejście ozdrowiał. Tą chorą nerkę ma pewnie, bo pies na niego w dzieciństwie zaszczekał, a miażdżycę, bo skowronki chujowo śpiewały. No siłki brak, ale chuj, twardy jestem się dopytam, może źle zrozumiałem. Nie pacjent potwierdził, że się wyleczył z choroby dopiero, jak koty zeszły, ze lekarze sugerowali, żeby te koty oddać wcześniej, ale z żoną nie chcieli, bo stare i kochane. No pacz pan, jakie spójne te urojenia. Dobra, tak łatwo się nie dam, sprytny jestem i podchwytliwie się spytałem "A jacy lekarze". "Z instytutu". I tu mi sprzęgło synapsy i poszła iskierka po rozumie. Gdyż u nas w pomorskiem Instytut Medycyny Morskiej i Tropikalnej zwyczajowo nazywa się instytutem tylko, a poza morzem i tropikami zajmuje się on też chorobami pasożytniczymi i iskierka w rozumie popełzła mi po neuronach do dawno nie używanej części mózgu, gdzie parazytologia siedzi i, tadam!, znalazła hasło toksokaroza. Impulsy szybko poszły do rąk i oczu, a że w przychodni internet to szybko se pogógłałem, czy trop dobry. I wiecie co, wiecie? Wiecie, czym toksokaroza jest? To, kurwa mać, choroba pasożytnicza wywołana przez glisty kocie (psie zresztą też, ale mniejsza), więc związek z kotami jest jak w mordę strzelił i sam skurwysyn. Wstydź się dr Jot ty arogancki, niedouczony bucu, co brzydko o pacjentach myślisz. Dobrze, kurwa, ze czasem umiem ryj trzymać i być profesjonalnie miłym i uprzejmym, bo cały galop myślowy i zła opinia o pacjencie nie wyszła mi przez mordę. A że pacjent nie pamiętał, co mu jest, Osoba starsza, słowo trudne i z dupy, choroba rzadka i zupełnie mus się nie dziwię, że nie widzi różnicy między "tyreotoksykozą" a "toksokarozą". Zwłaszcza jak mu się jakiś głupek z podpowiedzią z dupy wpierdala. No heloł. 

Wizyta przebiegła potem bez powikłań, pacjent zadowolony, ja trochę z nadszarpniętym ego i miłością własną, ale i tak zadowolony, że się czegoś douczyłem i nie wyszedł mi burak z worka. A poza tym i tak sukces medyczny odniosłem, zdiagnozowałem u pacjenta ciężką nadczynność tarczycy z samego wywiadu i wyleczyłem zaraz i to w dodatku bez pigułek.

9 komentarzy:

  1. A kotki odrobaczać trzeba, a nie od razu do kociego edenu pakować, bo komuś jeszcze do łba przyjdzie usypiać, bo robaczka mają :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odrobaczać! Nie usypiać! (ale mojemu tego nie powiem, niech się boi)

      Usuń
  2. Uff, a już myślałam, że to instytut zabobonów i odczyniania uroków i że mu podpinkę pod płaszcz z tych kotów uszyć kazali... (Serio, widziałam kiedyś taką podpinkę zrobioną z tygrysków u mojej ówczesnej sąsiadki.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dżizas, ja słyszałem o kociej skórce jako remedium na bóle kręgosłupa, ale podpinka to już wyższy poziom hardcoru

      Usuń
  3. Haha. To ja się chyba do Doktora ze swoją tarczycą wybiorę po tym Doktora endosukcesie :D.

    OdpowiedzUsuń
  4. No z miejsca bym się do doktora przepisał, ale nie chce mi się z Katowic na Pomorze dojeżdżać. Brawo za ekspresowe wyleczenie nadczynności tarczycy:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Maj ajdol! Lowam wprost!

    OdpowiedzUsuń
  6. Ale na ile wcześniej chorób mu te koty pomogły to już nie powiedział, drań.

    OdpowiedzUsuń
  7. Chyba nawet przeczytałabym publikację naukową z takim tytułem (jak w notce), gdyby się pojawiła.

    Kiedy ja ostatnio odrobaczałam kota? Hm... w zeszłym roku nasza była na randce z panem z termometrem i wyszła z niej bez zęba (trzeba była wyrwać kiełka, bo się kolebał)... Wychodzi, że przydałoby się odrobaczyć teraz. Zanotowane.

    OdpowiedzUsuń